Trudno dziś znaleźć obszar polityki międzynarodowej, który wzbudzałby większe emocje niż trwające od miesięcy spory handlowe wywołane decyzjami administracji Donalda Trumpa. Bez względu na to, czy nazwiemy je „wojnami celnymi”, „resetem handlu” czy „taryfowym szantażem”, faktem jest, że decyzje prezydenta USA wywołały ferment zarówno w gabinetach rządowych, jak i wśród analityków globalnej gospodarki. Zaskoczenie podsyciła przede wszystkim skala działań: cła nakładane na sojuszników, partnerów handlowych i rywali jednocześnie — oraz nieprzewidywalny styl ich wprowadzania.
Foto: Markus Winkler (Źródło: Pexels)
W powszechnym obiegu medialnym przeważa ton krytyczny. Słyszymy, że działania Waszyngtonu doprowadzą do wzrostu cen, zahamowania importu i turbulencji na rynkach finansowych. Pojawiają się porównania do początków wielkiego kryzysu, do efektów ustawy Smoota-Hawleya, do spirali protekcjonizmu, która po 1929 roku doprowadziła do recesji o wymiarze globalnym.
Jednak — jak to często bywa — rzeczywistość okazuje się bardziej złożona.
Cła — narzędzie tak stare, jak państwo narodowe
Spór o cła nie jest wynalazkiem XXI wieku. Wprost przeciwnie — to jeden z najdawniejszych instrumentów polityki gospodarczej. Cła budowały potęgę państw epoki nowożytnej, były fundamentem merkantylizmu (termin oznacza zabiegi na rzecz wspierania eksportu, minimalizacji importu, oraz dążenie do dodatniego bilansu handlowego), a w XIX wieku stały się narzędziem industrializacji wielu krajów.
Dzieje Stanów Zjednoczonych same dostarczają tu interesującego przykładu. Ameryka — do niedawna sztandarowy obrońca wolnego handlu — przez większą część XIX wieku stosowała jedne z najwyższych taryf celnych na świecie, chroniąc własny, dopiero raczkujący przemysł. To wtedy w debatach politycznych dominowała idea tzw. młodej gałęzi przemysłu, opisana w klasycznych pracach Friedricha Lista, a w USA promowana m.in. przez Aleksandra Hamiltona. Wedle tej koncepcji kraj rozwijający się musi chronić swoje rodzące się branże, zanim będą w stanie konkurować z potęgami gospodarczymi.
Historia Korei Południowej, czy Japonii po II wojnie światowej, pokazuje, że protekcjonizm w określonych warunkach działa: cła, limity importu, kontrolowane kredyty państwowe oraz polityka przemysłowa stworzyły fundamenty pod późniejsze sukcesy technologiczne tych krajów.
Dopiero globalizacja ostatnich trzech dekad — wraz z rozwojem outsourcingu, międzynarodowych łańcuchów dostaw i powiązań finansowych — osłabiła skuteczność tradycyjnych barier celnych. W epoce globalnej gospodarki sieciowej każdy ruch taryfowy działa jak kamień wrzucony do jeziora: kręgi rozchodzą się daleko poza miejsce uderzenia.
Nowy kontekst globalizacji
Dzisiejsza gospodarka światowa to nie jest świat epoki pary, hut i robotników przemysłowych. To świat, w którym komponenty jednego produktu powstają w kilkunastu krajach, a cło na jeden podzespół podraża koszt finalny nie tylko importu, lecz również krajowej produkcji.
Globalizacja stworzyła system naczyń połączonych, w którym:
- cła równie szybko ranią własnych producentów, co zagranicznych
- łańcuchy wartości łatwo przenoszą się do krajów o niższych taryfach
- firmy potrafią omijać bariery poprzez zmianę logistycznych szlaków
- dane o bilansie handlowym nie zawsze odzwierciedlają rzeczywistą wartość dodaną
W tym sensie protekcjonizm ery Trumpa może się okazać bardziej ryzykowny niż protekcjonizm XIX wieku.
Trump i jego cele: przemysł, bilans handlowy, presja negocjacyjna
W tym kontekście warto zapytać: po co Trumpowi te cła?
Formalnie, odpowiedź jest prosta:
- wyrównanie warunków handlu
- zmniejszenie deficytu
- zatrzymanie deindustrializacji USA
- presja na państwa, które według Białego Domu nadużywają przewag kosztowych
Trump od lat powtarza, że bez własnej stali Ameryka nie może być bezpieczna, a bez produkcji przemysłowej — nie może być bogata: "Bez stali, kraj nie istnieje." (If you don’t have steel, you don’t have a country) Ta retoryka celnie trafia do wyborców z regionów dotkniętych upadkiem przemysłu ciężkiego.
Administracja USA stosuje dziś cła nie tylko jako środek ochrony przemysłu, lecz także jako narzędzie nacisku politycznego. Widać to szczególnie wyraźnie w relacji z Chinami, gdzie cła idą w parze z ograniczeniami dotyczącymi eksportu kluczowych technologii, zwłaszcza w sektorze mikroprocesorów.
Jednocześnie jednak istnieje paradoks: to Stany Zjednoczone — kraj wysoko rozwinięty, o wysokich kosztach pracy — próbują korzystać z instrumentów stworzonych pierwotnie z myślą o gospodarkach „doganiających” lub „rozwijających się”. W tym sensie logika Hamiltona i Lista, która działała w XIX wieku, w XXI może prowadzić do efektów odwrotnych od zamierzonych.
USA w nowej architekturze globalnego handlu
Wojny celne, które rozpoczęła administracja Donalda Trumpa, nie dzieją się w próżni. Stanowią one element szerszej reorientacji polityki gospodarczej Stanów Zjednoczonych, widocznej jeszcze przed rokiem 2016. Zarówno Demokratów, jak i Republikanów łączy bowiem rosnące przekonanie, że dotychczasowy model globalizacji przestał służyć interesom amerykańskiej klasy średniej.
W tym sensie cła Trumpa są symptomem głębszej zmiany, w której:
- USA próbują odzyskać kontrolę nad strategicznymi łańcuchami dostaw,
- próbują ograniczyć zależność od Chin,
- chcą wymusić rewizję umów handlowych podpisanych w epoce liberalnego konsensusu lat 90. i początku XXI wieku.
Z punktu widzenia polityki międzynarodowej zmiana ta nie jest chwilowa. Jest konsekwencją narastającej konkurencji między USA a Chinami, która obejmuje już technologię, finanse, handel, dyplomację i bezpieczeństwo militarne. Cła są jednym z narzędzi tej rywalizacji, ale nie jedynym.
Stany Zjednoczone zaczęły także:
- promować reshoring i friend-shoring (przenoszenie produkcji do krajów sojuszniczych),
- inwestować w krajowe zdolności produkcji chipów i komponentów wysokich technologii,
- wzmacniać porozumienia z państwami Indo-Pacyfiku.
W tym kontekście działania Trumpa — choć często chaotyczne i przeciwstawne sobie — wpisują się w długofalowe przesuwanie punktu ciężkości amerykańskiej strategii gospodarczej.
Nieprzewidywalność jako metoda
Najbardziej chyba zaskakującym elementem polityki celnej Trumpa nie są same cła, lecz sposób ich ogłaszania. Prezydent:
- zapowiada
- potem zawiesza
- negocjuje
- wręcz grozi
- wreszcie odwołuje
- i znów ogłasza
To styl, który bliższy jest taktyce kupieckiej niż klasycznej administracji publicznej i dyplomacji. W tej grze blef jest narzędziem. Zmienność decyzji ma dezorientować partnerów, zmuszać do reakcji, wytrącać z równowagi.
Z punktu widzenia dyplomacji gospodarczej jest to podejście nieortodoksyjne, ale wpisane w osobowość Trumpa, który — jak wielu obserwatorów zauważyło — negocjuje tak, jak prowadził swoje interesy: impulsywnie, bez odsłaniania kart, używając języka prowokacji, bezwzględnie.
Czy to działa?
Częściowo tak. Co prawda reakcje rynków były gwałtowne, ale jednocześnie krótkotrwałe. Oficjalnie, inflacja w USA nie wzrosła, a wręcz zaczęła spadać — jeśli wierzyć tym danym. Ropa potaniała, co wywarło presję na państwa eksportujące — w tym na Rosję. A wiele krajów, mimo publicznej krytyki, przystąpiło do rozmów.
To nie oznacza, że strategia jest spójna czy przewidywalna. Oznacza jedynie, że jej skutki nie są tak jednoznacznie negatywne, jak wieszczyli komentatorzy.
Czy jest w tym plan?
Niektórzy ekonomiści, m.in. Yanis Varoufakis, twierdzą, że cła są tylko częścią większej układanki, strategicznego planu: próbą obniżenia wartości dolara i odbudowy amerykańskiego przemysłu — zwłaszcza kluczowego sektora zbrojeniowego. Te analizy są interesujące, ale nie da się ich potwierdzić twardymi danymi. W praktyce równie prawdopodobne jest, że polityka Trumpa nie wynika z długofalowej doktryny, lecz z intuicji i przekonania, że silna presja przynosi efekty.
Ostatecznie, świat gospodarki jest dziś bardziej skomplikowany niż kiedykolwiek. Tradycyjne modele analityczne często zawodzą, a czynniki polityczne, kryzysowe i technologiczne zmieniają sytuację w sposób trudny do przewidzenia.
Szaleństwo czy reset polityki?
Czy zatem działania Trumpa są szalone? To zbyt proste określenie. Bardziej trafne wydaje się pojęcie strategicznej nieprzewidywalności — stosowane już w przeszłości przez państwa pragnące wstrząsnąć istniejącym układem sił.
W tym sensie działania Trumpa:
- prowokują
- zmuszają do reakcji
- odświeżają skostniałe schematy
- wymuszają renegocjację umów
- a jednocześnie niosą ryzyko niezamierzonych konsekwencji
W tym ujęciu wojny celne nie są „szaleństwem”; są częścią szerszej gry między mocarstwami, które coraz wyraźniej odchodzą od iluzji neutralnego, bezideowego rynku globalnego.
Czy z tego powstanie nowy model światowego ładu handlowego? Tego nie wie nikt — możliwe, że nawet sam Trump.
W drugiej części tego artykułu spróbujemy wyjaśnić, jak deindustrializacja lat 90., „China Shock”, automatyzacja i AI oraz współczesne wojny celne przekształciły globalny handel i rynek pracy, tworząc nowy, bardziej podzielony porządek gospodarczy.